Teksty krakowskie, dziwne, psychiatryczne
Kocham to miejsce, te ulice, którymi mogłam przechadzać się do woli, kiedy mieszkałam w Krakowie. Te ulice, zapchane sklepikami na całej swojej długości, ulice, po których jeżdżą dość stare tramwaje, ulice szaro-żółto-różowe, bo złożone z szaro-żółto-różowych kamieniczek, choć nie tylko. Lubię takie ulice, bo idąc nimi, doznaję wszechogarniającej mnie radości. Radości z faktu, że takie centrum miasta, Rynek, przyległe mu ulice i Kazimierz, że ono mogło powstać, że łączy w sobie atmosfery galicyjskie, austriackie, żydowskie. Kocham te ulice i chodząc nimi ponownie, myślę sobie, dlaczego miałabym się tym nie cieszyć? Tak prosta rzecz, a tyle radości sprawia! Miasto! Wyjątkowe miasto: Kraków.
Czarna scena, czarna, zapełniona meblami i przedmiotami. Czarna scena, na której stoi łóżko, szafa, komoda i biurko. Na której umieszczono lustro i lampę. A w szafie pęcznieją sukienki, a na komodzie leżą grzebyki i perfumy. Czarna scena, głęboka, zapełniona stęchlizną i dziwną atmosferą. A na tej scenie aktor i aktorka, małżeństwo, a na tej scenie dzieje się akcja sztuki. Czarna scena, wypełniona dziwnymi emocjami, co lubię. Od rozpaczy po radość, od konsternacji po olśnienie. Czarna scena, czarna, choć oświetlona kilkoma reflektorami. Dają takie żółto-niebieskie światło. W tym świetle twarze postaci wyglądają dziwnie. Postaci, ubranych kolejno w surdut i zwiewną suknię, postaci pięknych i majestatycznych w takim samym stopniu jak brzydkich i chorych. Czarna scena, czarna. I w swojej czerni zasadniczo piękna. Jakby zrobić jej zdjęcie, to jak na pocztówce, ale nie z tego świata, tylko ze świata sztucznych lalek. Lalek, które mówią ciągle o rzeczywistości, które tę rzeczywistość próbują zdefiniować i nazywając ją innymi słowami, wyciągają z niej różne sensy. Czarna scena, czarna. Nie moja, a tak jakby moja, mi bardzo bliska. Krakowska scena teatralna. Teatr! Wow! Hurra! I jeszcze te dziwne dźwięki... Chwilami chcę stąd wyjść, a jednak zostaję.
Bogaty w obrazy świętych, postacie aniołów i świętych oraz w liczne kolumienki i ornamenty, często pozłacane. Na zewnątrz jasny, biały, lśniący swoją bielą. W słońcu delikatnie kremowy, z zielonym dachem i zielonymi kopułkami na wieżyczkach. Ma w sobie jakiś urok, czar, moc, coś, co zniewala jednoczesną prostotą na zewnątrz, jak i bogactwem wewnątrz. Uwielbiam patrzeć na ten kościół na zdjęciach i na żywo, kiedy jestem w Krakowie. Jest w nim zawarty spokój, harmonia i boskość, a jednocześnie pewna skromność, czym się karmię. Namalowałam ten kościół w wersji realistycznej i surrealistycznej, aby mieć jego wycinek dla siebie każdego dnia. Uwielbiam Kościół na Skałce!
Idę ścieżką nad Wisłą przy Kazimierzu: mewy, czasem gołębie, głównie mewy. Jakiś ruch, przylot, odlot, woda, która płynie – gapię się w nią bezmyślnie. Mój chód jest powolny raczej i spokojny – kontempluję otoczenie. Był tu kiedyś niedaleko Teatr Nowy, który przeniósł się kilkadziesiąt metrów dalej stąd. Bywałam tam na spektaklach, uwielbiałam to miejsce. Dziwna atmosfera, dziwne inscenizacje, wszystko przerysowane, wynaturzone, sztuczne, takie, jakie powinno być w teatrze, bo teatr często pokazuje rzeczywistość surrealistycznie. I nawet teraz, przechadzając się tą ścieżką nad Wisłą przy Kazimierzu, mam wrażenie, że ta dziwna, teatralna, atmosfera spływa do mnie z pobliskiego Teatru Nowego Proxima i ze Sceny Kameralnej Starego Teatru, w których to teatrach bywałam, a także z Teatru Ludowego, Teatru STU, Teatru Słowackiego czy Teatru Nowa Łaźnia i z każdego innego teatru w Krakowie, a jest ich bez liku. Krakowski teatr – wspaniała sprawa! Teatr najlepszych reżyserów, najbardziej znanych aktorów. Przedstawienia skomplikowane, ale i proste, ciekawie zrealizowane, mniej lub bardziej udane – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Teraz, kiedy od jakiegoś czasu nie bawię w krakowskich teatrach (ale pewnie jeszcze będę bawić), tym bardziej je doceniam. Tym bardziej rozumiem ich przedziwną naturę, ich doraźność, ich niepowtarzalność, ich staroświeckość (nawet jeśli sama forma spektakli jest nowoczesna, teatr jest w jakiś sposób staroświecki wobec współczesności). Lubię przechadzać się nad Wisłą i przypominać sobie te dawne czasy młodości, kiedy tak intensywnie żyłam teatrem. Niech żyją mewy! Niech żyją artyści! Niech żyje sztuka! Niech żyje teatr!
Kraków. Coś wplątało się, zachrupotało, zabulgotało. Wplątało się jakby we włosy, zachrupotało jakby w kościach, zabulgotało jakby w żołądku. Coś mnie ściga, coś chce ode mnie, coś mnie dopada. Podłazi do mnie energetycznie, podczołguje się, podpełza. Jakieś dziwne, teatralne energie, jakieś takie skrzyżowanie duchów z demonami. Znam te energie dobrze, ale teraz jestem już po innej stronie rzeczywistości – w strefie bosko-anielskiej. Teatr jednak musi tym żyć, nie zna innej drogi. A może inna droga nie jest możliwa w teatrze? Niech świętość tam zostanie złamana szarlatanizmem. Nawet lubię ten widok. Przeciwstawny życiu, odwrócony. Niech ukazane zostaną minusy tej świętości, niech ona zostanie nawet zbeszczeszczona na scenie – ale niech każdego dnia króluje w życiu, w miłości, radości, prawości serca.
Hotel w Krakowie. Hotel w Krakowie na Starowiślnej, do którego przyjechałam pewnego czerwcowego dnia, w którym świetnie się czułam, z którego to hotelu blisko było zarówno do Starego Teatru – Sceny Kameralnej, na Kazimierz, jak i do rynku. Hotel w Krakowie, jeden z tysiąca hoteli tutaj, do którego przyjeżdża tysiące turystów, bo tak jak ja, kochają to miasto. Hotel z werandą, na której można zjeść tradycyjną kremówkę, zakupioną w krakowskiej cukierni. Uwielbiam krakowskie hotele, w których można czuć się dobrze i do których wszyscy przyjeżdżają zazwyczaj w jednym celu –
zwiedzenia miasta. Lubię te chwile, kiedy, zmęczona, po całym dniu chodzenia po mieście z aparatem i robienia zdjęć każdemu niemalże zabytkowi czy ciekawej kamienicy, kładę się w hotelowym pokoju, aby na chwilę odpocząć. Krakowskie hotele – tworzą wspaniały, niedoceniany pejzaż tego miasta.
Te cudowne inkrustacje! Te delikatne, białe ornamenty, które w tak zmyślny sposób oplatają ten kościół! Te cudowne, białe, strzeliste wieżyczki! Te trzy obszerne wejścia z ornamentami i figurami, zapewne świętych, te wielkie, niebieskie okno, które wydaje się być tak niebieskie jak niebo, ale nie tylko jak to niebo ziemskie, ale także jak to niebo boskie. Ten delikatny, ni to jasny ni to ciemny brąz cegiełek, z których zbudowany jest ten kościół! A w środku skromny, jasny, delikatny! Idealny na kontemplację obecności Boga w życiu człowieka! Cóż to za kościół wspaniały! Mój ulubiony! Wyśniony! Egzotyczny! Piękny! Kościół św. Józefa na krakowskim Podgórzu.
Skrzeczące takie, szare i pierzaste. Zmory to takie, potwory i okropieństwa. Brzydkie to to takie, ale to istnieje. Zamieszkuje stare, krakowskie kamienice. Sama to widziałam! Ni to duch, ni to ptak, ni to zmora. Puszy się to coś, lata z kąta w kąt, chowa się najczęściej za kaflowymi piecami, przegląda się w lustrach, kiedy i człowiek się przegląda, wisi na lampie, albo leży plackiem na podłodze, wygląda przez okno, lata pod sufitem, a wieczorami najczęściej chodzi do teatru, stamtąd zabiera ciemne energie, kąpie się w nich i wraca. Nie przypomina to to Anioła, a raczej jego przeciwieństwo. Chowa się to to w niektórych, starych, krakowskich kamienicach-ruderach. Widać te ich pyszczki za zabrudzonymi, pozaklejanymi taśmami i zabitymi drewnem, szybami. Zbiera to to w sobie historie kolejnych lokatorów, ich zmagania z życiem i obnosi się z tym. Jest to to takie niespokojne, takie czatujące gdzieś w kącie, takie narzucające się, nie groźne, a jednak upierdliwe, ale przy odrobinie szczęścia można i to to wyprosić, aby się wyniosło, aby w mieszkaniu, w wyremontowanej kamienicy, pojawiły się dobre energie, Anioły, cudowne istoty i zasiliły to miejsce swoją energią.