Poniżej przedstawiam fragment do mojej kolejnej książki „My Muse”, który schanellingowałam 16/09/2026 po południu.
Bohaterami książki są szaleńczo zakochani w sobie młody mężczyzna i starsza kobieta.
Jest to fragment, nad którym będę jeszcze zapewne pracować, ale bliski ostatecznej wersji.
Więcej informacji odnośnie mojej książki na ten moment nie mogę ujawnić.
Na zdjęciu selfi cover opowiadania mam 25 lat.
*
Najdroższy Mój! Piszę do Ciebie ten list z rozpaczliwych głębin mojej duszy. Piszę do Ciebie, siedząc przy starym, okrągłym, drewnianym stoliku z piękną, białą, ażurową serwetą i z zapaloną, staromodną, owalną lampą ze szklanym kloszem z pomarańczowymi i niebieskimi motylami, w nadal ciemnym pokoju w moim wiejskim apartamencie w hrabstwie Yorkshire, z moim małym, białym, kudłatym pieskiem Yorkiem przy moich nogach; i zastanawiam się, jak ubrać moje uczucia do Ciebie w słowa.
To, co było między nami, już minęło. To tylko martwa przeszłość, zamknięta w piaskowej klepsydrze czasu. Przeszłość, która wydrążyła we mnie krwisty ślad nie do zatarcia. Przeszłość, która nie była ani trochę przyjemna, lecz była bardzo ekscytująca.
Lecz życie nie jest po to, aby było ekscytujące. Życie jest po to, aby było spokojne, rozważne i dobre; a miłość nie jest po to, aby ranić, lecz po to, aby wzajemnie się szanować, wspierać i wzrastać.
Przeszłość nie jest teraźniejszością. Przeszłość nie jest przyszłością. Przeszłości nie ma. Tamtej naszej niewinnej, uroczej, prawie dziecięcej miłości już nie ma. Jak nie ma Ciebie takim, jakim byłeś i nie ma mnie taką, jaką byłam. Nie ma już nas dawnych, możemy być tylko my „nowi”.
Nie byłeś dla mnie dobry w tej miłości. Ani szlachetny. Ani uczciwy. Nie sprawdziłeś się jako mężczyzna. Nadal masz na to szansę. Czy ją wykorzystasz?
Znasz mój plan na życie: luksusowe mieszkanie w słonecznej części Kanady, gdzieś blisko szmaragdowego morza na błękitnym tle nieba, weekendowe zwiedzanie turystycznego Quebec ze znajomymi, długie spacery z psem po parkach z fontannami, wykwintne obiady w eskluzywnych restauracjach i wieczorna lampka ikonicznego Chardonnay w marmurowej wannie pełnej różowej piany. Czy widzisz w tym miejsce dla siebie?
Myślałeś o nas, odłożyłeś dla nas ogromne pieniądze. Chciałeś mi kupić mieszkanie, samochód i telefon. Chciałeś dobrze, lecz zapomniałeś o najważniejszym: o respekcie.
Kochałam Cię. Wiesz, że kochałam Cię do szaleństwa. Że nadal kocham Cię do szaleństwa. Ale co z tego?
Kiedy Ty sam z siebie opuściłeś mnie po tej naszej upojnej, słodkiej, głębokiej nocy na tym miękkim, puchowym, królewskim łóżku, w tym ekskluzywnym, szklanym, srebrno-kobaltowym apartamencie w Nowym Yorku. Miałeś na sobie burgundową piżamę i byłeś tak zmysłowy! Twoje ciało było tak ciepłe! Nie, Twoje ciało było gorące od namiętności, którą do mnie żywiłeś. Czułam na sobie bicie Twojego namiętnego serca i Twój niecierpliwy oddech. Czułam smak Twoich grzesznych ust na moich ustach, Twoje wirtuozerskie dłonie na moich falujących biodrach, Twoją potężną klatkę piersiową pod moją drobną ręką. Czułam Twoją siłę. Czułam Cię.
A potem usłyszałam ten jeden Twój miodopłynny dźwięk, który przeniknął przez moje ciało i pozostał w nim na zawsze. Nie potrzebowałam nic więcej.
Lecz po Tobie samym nie zostało mi nic, oprócz Twoich białych, diamentowych, iskrzących się gwiazd na tamtej pościeli, tak granatowej, jak granatowe było rozgwieżdżone niebo w dniu naszego spotkania. Oraz Twoja burgundowa piżama.
Nie zostało mi z tego nic, oprócz gorzkiego niesmaku, że okłamałeś mnie kilka razy, poniżałeś mnie innymi kobietami, traktowałeś mnie źle. A potem nagle zniknąłeś.
Miałam wrażenie, że Twój słodki, śmiejący się, skaczący duch jest ze mną, ale to było tylko wrażenie. Ciche, obłędne, martwe przeświadczenie, że jeszcze może gdzieś tu jesteś. Podświadomie bowiem pragnęłam, abyś do mnie wrócił.
Każdego ponurego wieczora zakładałam na siebie Twoją koszulę od piżamy, wciąż pachnącą Twoim piżmowym potem i wyobrażałam sobie, że mnie przytulasz. Bo uwielbiałam być zatopiona w Twoich ramionach.
Ale Ty nie wróciłeś, nigdy. Nigdy więcej nie wysłałeś mi ani jednej wiadomości. I to po kilku miesiącach naszej pięknej przyjaźni i intensywnych miłosnych uniesień!
Po prostu nagle zniknąłeś. Właśnie wtedy, kiedy bardzo Cię potrzebowałam. Kiedy uwierzyłam, że nie jesteś kolejnym scammerem mojej kobiecości. Kiedy najmocniej Cię kochałam. Kiedy jeszcze bardziej zakochałam się w Tobie, silnym chłopcu z prowincji, ja, wrażliwa dziewczyna z miasta. Ja dałam Ci szansę. Ty - zawiodłeś mnie.
Więc siedzę teraz przy tym moim stoliku i przy tej mojej staromodnej lampce, ale też przy lampce białego wina, nachalnie udającego Chardonnay, w tym moim wiejskim apartamencie, próbując - na pożółkłej kartce papieru w starym notatniku, który otrzymałam w spadku po mojej cioci wraz z tym apartamentem - spisać to, co naprawdę czuję. Nie to, co ktoś chciałby usłyszeć. Nie to, jaką ktoś chciałby mnie ujrzeć. Chcę opisać siebie, Ciebie, nas.
Staram się spisać swoje myśli i uczucia, żeby poradzić sobie z rozczarowaniem Twoją osobą. Żeby zamiast po długopis, nie sięgnąć po nóż.
Najdroższy Mój! Byłeś światłem mojego życia! Nawet wtedy, gdy jak dziecko bawiłeś się cieniami, próbując wywołać je swoimi rękoma. Lecz nie powinieneś bawić się swoim własnym cieniem, ani też moim!
Najukochańszy Mój! Byłeś sensem mojego życia, lecz z dnia na dzień stałeś się zagrożeniem dla niego!
Najpiękniejszy Mój! Złamałeś mnie! Złamałeś mnie jak kruchy lód na kałużach łamie się pod twardymi podeszwami butów w zimie. Pękłam.
A teraz nic. Pustka, której nic już nie zapełni. Pustka i tęsknota, która nigdy już nie mnie. Umysł pogrążony w rozpaczy. Ciało w poniewierce. Dusza w rozdarciu.
Więc teraz już tylko ból egzystencji, smutek i załamanie.
Przestałam podróżować do Nowego Yorku. Przestałam marzyć o Kanadzie. Opuściłam nasz Londyn. Wyjechałam do mojego Yorkshire. Opuściłam wszystkich i wszystko, i zamknęłam się na cztery spusty w moim wiejskim, staromodnym, teatralnym mieszkaniu.
Ty opuściłeś mnie, więc ja opuściłam Ciebie. Teraz już naprawdę, ostatecznie, na wieczność. Lecz mam nadzieję, że nie opuszczę siebie.
Ta miłość bolała. Więc nie wróci już.
Emmanuelle Audre, fragment do książki „My Muse”, 16/09/2026
Prawa autorskie do tekstu zastrzeżone.
*
Below is an excerpt from my upcoming book, „My Muse”, which I channeled on the afternoon of September 16, 2026.
The book’s protagonists are a young man and an older woman, madly in love with each other.
This is a passage I will likely continue to refine, though it is close to its final form.
I cannot reveal any further details about the book at this time.
In the selfie on the story's cover, I am 25 years old.
*
My Dearest! I am writing this letter to you from the desperate depths of my soul. I write as I sit at an old, round wooden table—adorned with a beautiful white openwork doily and an old-fashioned, oval lamp featuring a glass shade with orange and blue butterflies—in the still-dark room in my country apartment in Yorkshire, with my small, white, shaggy Yorkie at my feet; and I wonder how to put my feelings for you into words.
What existed between us is gone. It is merely a dead past, sealed within the hourglass of time. A past that gouged an indelible, bloody mark into me. A past that was not in the least bit pleasant, yet was deeply thrilling.
But life is not meant to be thrilling. Life is meant to be calm, considered, and good; and love is not meant to wound, but to foster mutual respect, support, and growth.
The past is not the present. The past is not the future. The past no longer exists. That innocent, charming, almost childlike love of ours is gone. Just as the man you once were is gone, and the woman I once was is gone. The "old us" no longer exists; there can only be a "new us."
You were not good to me in that love. Neither noble nor honest. You failed to measure up as a man. You still have the chance to do so. Will you take it?
You know my plan for life: a luxury apartment in a sunny part of Canada, somewhere near an emerald sea set against a blue sky, weekend sightseeing in touristy Quebec with friends, long walks with the dogs in parks with fountains, exquisite dinners at exclusive restaurants, and an evening glass of iconic Chardonnay in a marble bathtub filled with pink foam. Do you see a place for yourself in that?
You thought of us; you set aside a fortune for us. You wanted to buy me an apartment, a car, and a phone. You meant well, but you forgot the most important thing: respect.
I loved you. You know I loved you madly. That I still love you madly. But what does it matter?
You left me of your own accord after that blissful, sweet, profound night—there on that soft, downy, royal bed, in that exclusive suite of glass, silver, and cobalt in New York. You were wearing burgundy pajamas, and you were so sensual! Your body was so warm! No—your body was burning with the passion you felt for me. I could feel the beating of your passionate heart and your impatient breathing against me. I tasted your sinful lips on mine, felt your masterful hands on my swaying hips and your powerful chest beneath my small hand. I felt your strength. I felt you.
And then I heard that one honey-sweet sound from you—a sound that pierced through my body and stayed there forever. I needed nothing else.
But nothing of you remains for me—save for your white, diamond-like, sparkling stars on those bedsheets, as deep a navy blue as the starry sky the day we met. And your burgundy pajamas.
Nothing remains of it all but a bitter aftertaste: the knowledge that you lied to me repeatedly, humiliated me with other women, and treated me poorly. And then, suddenly, you vanished.
I had the feeling that your sweet, laughing, bounding spirit was with me, but it was only an impression—a quiet, maddening, dead certainty that perhaps you were still here somewhere. For deep down, I longed for you to come back to me.
Every dreary evening, I would put on your pajama top—still smelling of your musky sweat—and imagine you holding me. Because I loved being enveloped in your arms.
But you didn’t come back—never. You never sent me another message. And this after months of our beautiful friendship and intense romantic passion!
You simply vanished. Just when I needed you most. When I had come to believe you weren’t just another scammer of my womanhood. When I loved you with all my heart. When I fell even deeper for you—you, a strong boy from the countryside, and I, a sensitive city girl. I gave you a chance. You—you let me down.
So here I sit at my little table, by my old-fashioned lamp and a glass of white wine—one that brazenly pretends to be Chardonnay—in this country apartment of mine. I am trying to write down—on a yellowed sheet of paper in the old notebook I inherited from my aunt along with this place—what I truly feel. Not what someone might want to hear. Not the image someone might want to see of me. I want to describe myself, you, and us.
I am trying to put my thoughts and feelings into words to cope with my disappointment in you. To keep myself from reaching for a knife instead of a pen.
My Dearest! You were the light of my life! Even when you played with shadows like a child, trying to conjure them up with your hands. But you shouldn’t have played with your own shadow—or mine!
My Beloved! You were the meaning of my life, yet overnight, you became a threat to it!
My Beautiful One! You broke me! You broke me just as the brittle ice on a puddle shatters beneath the hard soles of boots in winter. I snapped.
And now, nothing. A void that nothing can ever fill. A void and a longing that will never leave me. A mind plunged into despair. A body battered and neglected. A soul torn apart.
So now, there is only the pain of existence, sorrow, and a breakdown.
I stopped traveling to New York. I stopped dreaming of Canada. I left our London. I went away to my Yorkshire. I left everyone and everything behind and shut myself away completely in my rustic, old-fashioned, theatrical apartment.
You left me, so I left you. Now, truly—finally—for eternity. But I hope I do not abandon myself.
That love hurt. So it will not return.
Emmanuelle Audre, excerpt from the book *My Muse*, September 16, 2026
Copyright to the text reserved.