Nikt nigdy nie używa wobec niej słowa wariatka, choć wiele przemawia za tym, żeby tak ją nazwać. Jej osobowość stanowi konglomerat najrozmaitszych cech, często dziwacznych, odległych od siebie, niespotykanych. Poranek zaczyna się zwykle swoistym rytuałem, przed którym następuje pewnego rodzaju szok poznawczy. Oto otwiera ona swoje oczy i zaraz potem ukazuje się jej fragment jej łóżka i białej ściany, na której nie wiszą żadne obrazy. Zawsze wtedy, przez kilka minut, wpatruje się w tę ścianę, myśląc o tym, jak trudne jest jej życie i życie w ogóle. Jej myśli błąkają się wówczas bezładnie, nieporadnie, niespokojnie. Czuje bliżej niezdefiniowany lęk przed dniem, przed ludźmi, przed przyszłością. Pewnego rodzaju uspokojenie przynosi w tych chwilach jedynie zadany samej sobie rytuał: najpierw powolne podniesienie się z posłania, później równie powolne ubranie się, a następnie ospałe przemieszczenie się do łazienki celem umycia się. Machinalne sięgnięcie po szczoteczkę do zębów, mechaniczne szczotkowanie zębów, automatyczne spłukanie jamy ustnej wodą, następnie grzebień w dłoni i czesanie włosów. A wszystko to po to, aby doprowadzić siebie samą do rzeczywistości. Czy jest w tym coś dziwnego? Pozornie nic, gdyby nie fakt pewnego rodzaju refleksji, która pojawia się u niej przy tych czynnościach. Oto czynności higieniczne, wykonywane w sposób miarowy i jednostajny, mające doprowadzić jednostkę ludzką do stanu używalności, a może mające na celu coś innego? Może jest to coś, co należy wykonać codziennie, aby móc w ogóle poczuć siebie, poczuć się sobą, poczuć się pewnie, bo jak żyć bez tych rytuałów? Wstać i w piżamie wyjść do pracy o obojętnie której godzinie, a potem wrócić do domu, kiedy bezczynne siedzenie tam już się znudzi? A może rozebrać się tam i siedzieć całkiem nago, witając kolejnych pracowników i klientów, zacząć malować tam, zacząć tańczyć, zacząć śpiewać? Czy to, że coś wygląda inaczej, istnieje inaczej, inaczej się wydarza, znaczy, że coś wydarza się gorzej, mniej adekwatnie, niewłaściwie?