Z dziewczyną nie wiedzieliśmy, co robić w sobotę, więc z ciekawości udaliśmy się do Muzeum Narodowego. Bardzo nam się tam spodobało. Dawno nie obcowaliśmy ze sztuką, ostatni raz może jakieś dziesięć lat temu. Sztuka była wyborna. Można się było pośmiać z tego, jak się ludzie kiedyś ubierali, jak wyglądali, jakie mieli miny. Niestety sztuka najnowsza została przeniesiona z ostatniego piętra budynku tego muzeum do Pawilonu Czterech Kopuł, więc czekała nas wizyta jeszcze tam. Mojej dziewczynie bardzo podobały się piękne suknie księżniczek i dam ich dworu, mnie wojacy na koniach, książęta, królewicze. Doznałem nawet niejakiego smutku na myśl o tym, że kiedyś istniały takie czasy, że to piękno było możliwe, piękno i względny spokój, a teraz chodzimy w jakichś szmatach, z telefonami komórkowymi w rękach, szkodząc samym sobie, a za każdym zakrętem, zamiast widoku kolejnego, pięknego zamku, może czaić się terrorysta. Miło było na chwilę oderwać się od rzeczywistości, patrząc na to nieskończone bogactwo i przepych na obrazach, ale trudno było potem powrócić do życia, wrócić do samego siebie. Chyba nie powinienem w ogóle chodzić do muzeów, bo jak widzę takie obrazy, to mam ochotę przenieść się w tamte czasy, siąść na takim złotym krześle i już nie wstawać, przechadzać się po ogromnych pokojach, wyglądać przez ozdobne okna i bawić się z nadwornym pieskiem, o ile oczywiście byłbym księciem, a nie chłopem. I wydawałoby się, że to zwykła wizyta w muzeum, a ile komplikacji dla duszy! A może po prostu żyłem tam i teraz się reinkarnowałem jako ja, a tamte wspomnienia nadal we mnie są, dlatego tak reaguję? (...)